wtorek, 11 stycznia 2011

Marudzenie studentki

Witam!
   Dziś nic głębokiego, godnego utopienia się, ewentualnie taplania się w błocie nie napiszę. Mój dzisiejszy wpis można streścić w czterech słowach: NIE CHCE MI SIĘ. A czego?
Wszystkiego, no oprócz snu, chociaż to umowne.
Mam ochotę zatopić się w jakiejś przyjemnej i lekkostrawnej książki. Mam ochotę zjeść kolację, mimo, że odchudzam się do studniówki mojego Lestata. Tak, mnie dwudziestodwuletnią krowę czeka studniówka. Ale mam gdzieś wszystkie trendy i inne bzdury. Wybrałam dekadencki styl lat pięćdziesiątych, czyli vintege pełną gębą. O. Mam ochotę spędzić miły weekend u Lestata, ale... Nie, on i jego zespół muszą nagrywać demo.I masz wiedźmo placek. A najbardziej mam ochotę na sen i obudzenie się wczesną wiosną. A tymczasem egzaminy paskudnie majaczą wszystkim studentom na horyzoncie. Ale praktykami terenowymi nie pogardzę. Dziesięć dni picia niemieckiego piwa, co wieczornych ognisk i ciekawych dyskusji... No może nie do końca mądrych.

   A na co nie mam ochoty? Na jutrzejsze 12 h na uczelni, wysłuchiwania roli kobiety u Indian Jivaro. Na laboratoria etnograficzne, na spotkanie idiotów co po niektórych z mojego roku. Nawet spotkanie z naszym nowym mentorem, który pomaga nam w organizowaniu wyjazdu do Kazachstanu. Po prostu boimy się konfrontacji planów i wyobrażeń z rzeczywistością. Nie chce mi się czytać tekstów na jutro, które notabene mi się gdzieś zawieruszyły. Ale jutro będę półtorej godziny na nie. Studenckie życie jest piękne, a w sesji przypomina rzyć.

   Kończę marudzenie, bo jedyne co mogę zrobić na jutro... To się wyspać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz